"Włóczęga i tajemniczy las" - moje opowiadanie

 

Włóczęga i tajemniczy las


Włóczęga podróżował już przez wiele dni. Przebył sporo dolin, gór, miast i wsi. Przydarzyło mu się dużo przygód. Błahych i nieistotnych oraz niebezpiecznych i ciężkich, ale najgroźniejsza z nich zaczęła się zupełnie niepozornie.

Pewnego dnia w pewnej spokojnej mieścinie Włóczęga odpoczywał przed dalszą drogą. Wygrzewał się w promieniach słońca na miejskim rynku, kiedy znikąd pojawił się przed nim tajemniczy człowiek.

- Dokąd pan zmierza? - spytał się jakby nigdy nic.

Włóczęga obrzucił go uważnym spojrzeniem. Mężczyzna spowity był w brązowy płaszcz, a kapelusz przesłaniał jego oczy. Nie wyglądał na kogoś godnego zaufania, ale Włóczęga nie takich opryszków już spotykał, więc podjął rozmowę.

- Przed siebie, nie patrząc za siebie. Tam gdzie mnie wzrok poniesie – odparł zdawkowo.

- Czy zdajesz sobie sprawę, że za tym miastem nie ma już niczego? Tylko tajemnicze lasy i niezbadane tereny – ciągnął dalej człowiek.

- Zdaję sobie sprawę z o wielu więcej niebezpieczeństw niż mi wymieniłeś – odpowiedział Włóczęga bez lęku.

- Może i przebyłeś już wiele niebezpiecznych ścieżek, ale ta jest najgroźniejsza ze wszystkich – przestrzegł przybysz, a jego twarz wykrzywiła się w dziwnym grymasie ni to radości, ni to złości.

- Nie zamierzam wierzyć w ani jedno pańskie słowo – odparł na to Włóczęga, ponieważ mężczyzna wyglądał mu bardzo podejrzanie i podniósł się z ławeczki, na której siedział. - Do widzenia panu, może jeszcze kiedyś się spotkamy.

- Do widzenia, drogi Włóczęgo – powiedział jegomość.

Po tych słowach położył podróżnikowi rękę na ramieniu, zrobił zatroskaną minę i powiedział:

- Uważaj na siebie. Mało kto wraca z tych lasów. Widzę, że nie chcesz mnie słuchać, więc nie będę więcej cię ostrzegał. Mam jednak jedną prośbę. Proszę, przyjmij ode mnie tę wyszywankę – mówiąc to wyciągnął z kieszeni kawałek materiału, na którym wyszyte były drobne wzorki. - Mnie ona zawsze przynosiła szczęście, ale bardziej przyda się tobie. Pamiętaj tylko o jednym, jeśli rozerwiesz ten materiał, straci on swoją moc. Dbaj więc o niego i nie pozwól mu się rozerwać. To bardzo ważne.

Po tych słowach jegomość wcisnął Włóczędze wyszywankę do ręki. Ten dokładnie jej się przyjrzał i przez chwilę sprawiał wrażenie jakby chciał oddać prezent, ale w końcu schował go do kieszeni i niespiesznie odszedł. Jednak nie dawała mu spokoju pewna myśl. Skąd mężczyzna znał jego przezwisko?

Minęło kilka dni i Włóczęga niemal zapomniał o dziwnym spotkaniu, dlatego też postanowił wyruszyć dalej. Wstał wczesnym rankiem, kiedy słońce dopiero wynurzało się znad widnokręgu i poszedł w stronę granicy miasta. Zaczynał się ciepły słoneczny dzień, dlatego zrzucił swój wyświechtany płaszcz i wcisnął go do starego podróżnego plecaka, który towarzyszył mu od lat. Gdzieś w głowie kołatała mu się jakaś niespokojna myśl, ale była zbyt niejasna, żeby dało się ją uchwycić.

Włóczęga przekroczył granicę mieściny i wkroczył w polne tereny. Szedł nimi długo i kiedy zaczął już myśleć, że ostrzeżenie jegomościa z miasta było zupełnie bezpodstawne, pola skończyły się jak ucięte nożem. Zastąpił je gęsty las, ale nie wyglądał tak groźnie jak w opowieści tajemniczego mężczyzny. Włóczęga nie zawahał się przed wejściem do niego, ponieważ wszystkie swoje najpiękniejsze przygody przeżywał właśnie dlatego, że nigdy się nie cofał.

W środku las wyglądał jak każdy inny, więc podróżnik ośmielony ruszył naprzód. U jego stóp wiła się szeroka i ubita ścieżka prowadząca daleko w las. W koronach drzew śpiewały słodko ptaki, wiał delikatny wietrzyk, a w powietrzu unosiły się zapachy lata.

Włóczęga szedł i szedł długimi godzinami odurzony dziwnym czarem lasu. Zatrzymał się dopiero, gdy świat oblał pomarańczowy blask zachodzącego słońca. Posilił się soczystymi malinami i ułożywszy się w miękkiej ściółce głęboko zasnął. Spałby zapewne spokojnie do rana, gdyby w środku nocy coś niespodziewanie go nie zbudziło. Poderwał się zlękniony, chociaż nie wiedział czego tak się przestraszył. Czujnie się rozejrzał. Wydawać by się mogło, że przez noc trafił do zupełnie innego miejsca, bo las nocą diametralnie różnił się od tego za dnia. Wiatr hulał między drzewami, a od ziemi ciągnął nieprzyjemny chłód. Ściółka skrzypiała złowrogo, a pnie drzew zdawały się nie mieć końca. Włóczęgi nie zainteresowała jednak ani pogoda, ani ciemność. Kawałek przed nim coś błyszczało w świetle księżyca i właśnie na tym podróżnik skupił swoją uwagę. Podszedł ostrożnie do plamy światła, a kiedy wystarczająco się zbliżył jego oczom ukazał się… skarb! Ogromna skrzynia wypchana kosztownościami migotała jakby została utkana z światła księżyca. Miała otwarte wieko, przez co kusiła swoją zawartością. Wyglądała przedziwnie pośród ciemności jak gwiazda, która spadła na ziemię. Włóczęga nie zbliżył się już do niej ani nie uszczknął dla siebie choćby drobnego pierścionka. Odwrócił się i ruszył szybkim krokiem dalej, ponieważ przeczuwał, że na razie nie powinien kłaść się spać.

Nie minęło dużo czasu, a już kolejna, tym razem złota, skrzynia kusiła Włóczęgę błyszcząc między drzewami. Ją także zignorował.

- Nie interesują mnie kosztowności! - wykrzyknął do wszystkich i do nikogo równocześnie.

Przeszedł niewielki kawałek i znów się zatrzymał, ponieważ na pobliskim drzewie wisiał… wieszak! Wieszak, na którym zawieszone były profesjonalne traperskie ubrania! Ubrania, o których Włóczęga nawet nie marzył. A jednak podróżnik wykrzyknął znowu:

- Nie interesują mnie nowe ciuchy dopóki stare sprawdzają się doskonale!

Tym razem nie zdążył nawet ruszyć się z miejsca, ponieważ od razu po jego słowach ścieżkę zastąpiły kilkumetrowe chaszcze. Włóczęga wiedział, że to nie przypadek. Ktoś lub coś chciało, żeby nie przedarł się przez ten las, ale on też był uparty i nie zamierzał się cofać. Nie teraz.

- Możesz spróbować zmusić mnie do zmiany kierunku albo przyjęcia twoich darów, ale wiedz, że to ci się nie uda! - zawołał głośniej niż wcześniej, chociaż nie wiedział dalej do kogo kierował swoje słowa.

Po jego słowach korony drzew zaszumiały złowrogo, ale chaszcze zniknęły z drogi.

- Chcesz, żebym szedł dalej? Proszę bardzo, nie zamierzam się cofać! - zawołał podróżnik.

Nagle zapanowała cisza. Cisza bardziej niepokojąca od hałasu.

Nie poddam się, pomyślał Włóczęga i ostrożnie ruszył dalej. Dalsza droga przebiegała nad wyraz spokojnie, ale on wietrzył w tym spokoju podstęp. Jak w ciszy przed burzą. Nagle w oddali dostrzegł jasny krąg światła. Podszedł na tyle blisko, na ile się odważył, ale wolał pozostać w cieniu. Zza pnia drzewa przyglądał się polanie, na której między ustawionymi w kręgu pochodniami siedziały dziwne istoty. Nie wyglądały ani na zwierzęta, ani na ludzi, ani nawet na duchy. Wydawały się być kimś pomiędzy. Potwornymi istotami równocześnie mrocznymi i jasnymi, wielkimi i małymi, odrażającymi i przyciągającymi, pięknymi i obrzydliwymi.

Siedziały w kręgu. Każdy stwór przy każdej z pochodni.

- Wyjdź, Włóczęgo. Czy jesteś kimś złym, że siedzisz w mroku, a nie tutaj z nami przy blasku? - wysyczały w jego stronę.

Mówiły wszystkie naraz, co tylko potęgowało ich tajemniczość.

- A czy to znaczy, że jesteście dobre, skoro siedzicie w świetle? Czy to definiuje jakie jesteście? - rzucił w ich stronę Włóczęga wysuwając się zza pnia drzewa i podchodząc krok bliżej.

- Kim ty jesteś, żeby poddawać w wątpliwość nasze słowa? - syknęły.

- A kim wy jesteście? - odpowiedział pytaniem.

- Nie musisz wiedzieć wszystkiego. Wystarczy, że powiemy ci tyle: jesteś nasz. Będziemy twoim panem, a ty nie zapytasz już o nic więcej i nie wyjdziesz z tego lasu. Będziesz nam służył. Nam i tylko nam – mruczały szczerząc kły.

- Pozwólcie, że się na to nie zgodzę – odparł Włóczęga i w tym samym momencie zgasły wszystkie pochodnie.

- Kim ty jesteś? Jesteś magiem, sztukmistrzem, jesteś kimś więcej niż nam mówisz! Mów kim jesteś! - warknęły istoty.

Powróciło światło. Włóczęga nie stał już tam gdzie wcześniej. Stał dokładnie pośrodku kręgu, a w jego oczach odbijał się blask ognia.

- Jestem starym człowiekiem. Człowiekiem, który widział już dużo i wiele jeszcze zobaczy. Człowiekiem, który nauczył się już wiele rzeczy, ale wiele się jeszcze nauczy. Moja potęga to nie mięśnie, lecz rozum. Dotarłem daleko nie dzięki sile, a wytrwałości ducha. Jestem bogaty, mimo że nie posiadam wiele. A wy jesteście tylko słabymi istotami. Jesteście słabe, ponieważ nie działacie kierując się dobrem, tylko chciwością. Im więcej macie, tym więcej chcecie. Pragniecie władzy nad innymi, ale nigdy jej nie zdobędziecie, ponieważ tak naprawdę nie istniejecie. Jesteście kimś nierzeczywistym. Jesteście tylko koszmarem, który niedługo się skończy – Włóczęga mówił i z każdym słowem stawał się jakby coraz wyższy, młodszy i silniejszy, a stwory zdawały się maleć w oczach.

Jednak kiedy miało się wrażenie, że zaraz staną się mniejsze od drobinki kurzu i znikną, Włóczęga zamilkł, a potwory urosły wyższe niż wcześniej. Powiększył je gniew, wyczuwalny teraz bardziej niż wszystko inne.

- Dopadniemy cię, zniszczymy, nie zostanie po tobie nawet wspomnienie – jazgotały.

Nie mówiły już równocześnie. Jakikolwiek porządek został zburzony.

Włóczęga ich nie słuchał. Myślał intensywnie nad spotkaniem z tajemniczym człowiekiem. Czuł, że coś przegapił. Nagle przypomniała mu się wyszywanka, którą od niego otrzymał. Nadal miał ją przy sobie. Wyciągnął ją i zaczął jej się przyglądać. Raptem zrozumiał. To co na początku wziął za zwykłe wzorki było napisanymi w dziwnym języku słowami! Przypomniało mu się jak bardzo jegomość nie chciał, żeby materiał został rozerwany. To ten materiał i wyszyte na nim zaklęcia doprowadziły do spotkania z tymi istotami. Włóczęga wiedział jednak co zrobić.

- Co tam masz? - zainteresowały się nagle stwory.

Włóczęga ukrył wyszywankę za plecami.

- Mam tam skarb – odparł.

- To nie skarb. Kłamiesz! To tylko zwykła szmatka! - zawyły.

- Właśnie, dla was to nie jest nic wartościowego, a dla mnie to skarb. Skarb bardziej wartościowy od diamentów, rubinów i szmaragdów.

- Kłamiesz! Nic nie może być bardziej wartościowe!

- Dla mnie może. Moim skarbem jest przepustka do wolności! - zawołał Włóczęga i rozdarł wyszywankę na pół.

- Wolność? Nie znamy tego, ale musi być cenne. A skoro tak, to należy do nas! Dasz nam ją, czy tego chcesz, czy nie.

- Proszę bardzo, możecie spróbować mi ją odebrać, bo próbować każdy powinien – odparł podróżnik.

Stwory nie czekały. Rzuciły się jak szalone w jego stronę. I już prawie go miały. Do jego dłoni brakowało im centymetrów. To trwało sekundę. Na sekundę świat zwolnił. Stwory zawisły przed twarzą Włóczęgi. Spojrzały w jego uśmiechnięte oczy, a on spojrzał w ich ślepia przypominające studnie bez dna. To trwało sekundę, a później on uniósł ręce wysoko i zapanowała ciemność.

Ucichło wszystko. Skowyt stworów, szum drzew. Przez chwilę panowała cisza absolutna. Potem zaś dźwięki wróciły, ale diametralnie inne. Gdzieś w oddali słychać było rozmowy ludzi oraz ćwierkanie ptaków. Obok pluskała woda.

Włóczęga otworzył leniwie najpierw jedno oko, a później drugie. Siedział na ławce na ryneczku pewne spokojnej mieściny, a przed nim stał pewien ponury człowiek patrzący się na niego tak jakby chciał go zabić wzrokiem. Kapelusz jegomościa spadł na ziemię, dlatego teraz doskonale widać było jego lodowato niebieskie oczy.

- Co robisz? - zapytał człowiek o mało nie wrzeszcząc.

- Siedzę, jak pan zresztą widzi. Na czym to skończyliśmy naszą rozmowę? - spytał się niewinnie wędrowiec.

- Rozmowę, ach tak, rozmowę! Skończyliśmy ją na tym, że pan zasnął! - mówił jegomość nie ukrywając już złości.

- Wie pan, słoneczko tak przyjemnie grzeje, że można odpłynąć. A co pan do mnie mówił?

- Że… powinieneś… to znaczy nie powinieneś iść do lasu! - zagrzmiał.

Jego głos był zimny jak stal i wręcz ociekał jadem.

- Cóż, nie wybieram się tam.

- Ha, nie podobało się tam panu, prawda?!

Włóczęga lekko się uśmiechnął.

- Ciężko mi powiedzieć, czy mi się w nim nie podobało, bowiem nigdy tam nie byłem. Chyba nie sugeruje pan, że w ciągu dziesięciu minut poszedłem tam i z powrotem?

- Nie – odparł tamten przez zaciśnięte zęby.

- W takim razie, do widzenia panu. Teraz jestem już pewien, że jeszcze się spotkamy – powiedział i wyciągnął w stronę człowieka dłoń.

Ten uchwycił ją mocno i wydawało się, że już jej nie puści. W końcu jednak odrzucił ją jakby była czymś trującym.

Włóczęga nie czekał już dłużej. Ostentacyjnie się odwrócił i ruszył dostojnie ryneczkiem nie oglądając się za siebie. Jegomość odprowadził go nienawistnym spojrzeniem, a później spojrzał zdumiony na swoją dłoń. Trzymał w niej nic innego jak wyszywankę, którą przed chwilą sam podrzucił Włóczędze. Piękną wyszywankę, w którą sam wszył niebezpieczne zaklęcia sprowadzające koszmary. Teraz ten materiał przedarty był na pół. W przypływie nagłej złości chwycił go i rozerwał na strzępy, a strzępy wrzucił do fontanny, w której woda natychmiast zmieniła kolor na fioletowy. Jegomość uderzył w ławkę, która rozpadła się z trzaskiem. Nie docenił swojego przeciwnika. Zaprzepaścił szansę na zniszczenie Włóczęgi, ale wierzył, że nie była jedyna. Wiedział, że jeszcze kiedyś się zobaczą, a wtedy Włóczęga już mu się nie wymknie. Dostanie to co mu się należy i zgaśnie ten jego głupkowaty uśmieszek…


***

Włóczęga stał na skraju mieścinki i przyglądał się majaczącemu na horyzoncie lasowi. Miał już za sobą wiele wypraw i z każdej wynosił coś nowego. Teraz już wiedział, że czasami zawrócenie nie oznacza poddania się. Czasami dzięki cofnięciu się można dojść dalej. Włóczęga poprawił plecak i skręcił w prawo w przyjemną polną drogę. Słońce świeciło, a świat zielenił się wesoło, ale jego myśli krążyły wokół mało radosnych tematów. Wiele już dziwów widział na swojej drodze, ale ten przebijał wszystkie. Ponadto przeczuwał, że ta historia dopiero się zaczynała. I że mogła się bardzo różnie skończyć. Wiedział, że jeszcze spotka się z tajemniczym człowiekiem. Na szczęście, wiedział też, że nigdy nie przestanie być sobą i się nie podda. Z tą właśnie myślą ruszył ku następnym przygodom. 

 

 Tajemniczy las


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Wstęp, czyli kilka słów o książkach, blogach i bookstagramach

Bazyliszek XXI wieku - moje opowiadanie